14 listopada 2013
Nie zawsze jest usłana różami;)
Już zachłysnęłam sie tym szczęściem ciążowym. Było całkiem przyjemnie, zupełnie inaczej niż z Fasinką.
Słowo patologia ciąży chyba jednak doścignie mnie prędzej czy później zawsze.

Miałam przeczucie, ze coś dzieje sie źle.
Nie wiem skąd i jak to możliwe ale jednego dnia obudziłam się,napisałam do swojego lekarza i zdecydowałam się jechać do szpitala.

Siedziałam zadowolona z innymi kobietami i chwilę przed badaniem mówiłam jednej z nich, że zdecyduję się i na trzecie dziecko za kilka lat, bo taka trójka to idealna.

Zmieniło mi się nastawienie do kolejnej ciąży gdy kilka minut później usłyszałam.
Rozejście rany po poprzednim cesarskim cięciu.
Szanse na donoszenie ciąży znikome.
Szanse na dotrwanie do 34 tygodnia tez małe.
Szanse na powrót do domu przed porodem zerowe.

W takim monecie nie wiadomo za bardzo z jakiego powodu się płacze.
W pierwszej kolejności pomyślałam o tym jak zniosę ja i Fasinka rozłąkę skoro nigdy nie bylo takich sytuacji byśmy rozdzieliły się na wiecej niż dwie noce.
Potem zaczęło dochodzić do mnie, że urodzenie wcześniaka w 30 tygodniu może zaważyć na całym jego i jej zyciu..
Na końcu dotarło, że gdybym tak chodzila w tym stanie dalej mogłoby i jego i mnie nie być.

Po kilku dniach, nie mam pojecia jakim cudem rozejście zaczeło się zmniejszać, albo może przestało być tak widoczne.
Po prawie dwóch tygodniach wróciłam na leżenie do domu.
I tak czekamy w stresie nadal, bo każde kłucie, każdy ból którego wcześniej nie znałam powoduje, że ja normalnie opanowana i podchodząca z dystansem do dolegliwości wpadam w panikę.
Chyba nie da się zachować zdrowego rozsądki w takiej sytuacji.

Pisze to wszystko dlatego, ze wiele z Was się martwi ciszą panująca i na profilu i na blogu.
A także dlatego, że chciałabym by te mamy które miały cesarke wcześniej może bardziej zwróciły uwagę na kontrolowanie rany w kolejnej ciąży.
Może gdy nie ma wskazań specjalnych to nie robić cięcia na życzenie.

Piszę też po części dla siebie bo obiecywałam sobie, ze gdy dotrwamy do końca 34 tygodnia to to zrobię.
Bo pisanie ma moc terapeutyczną:)

Nie jestesmy jeszcze na końcu szczęśliwego finału.
Ale małymi krokami zbliżamy się a mi sił codziennie dodaje Moja Mała Duża Dziewczynka.
Która odnalazła się w tej sytuacji lepiej niz ja.
Bo dzielna gdy mnie nie było odreagowała dopiero strasznym płaczem po moim powrocie.
Ja za to płakałam codziennie.

Ona akceptuje to, że cały czas leżę. Ja się czasem denerwuję.
Podaje leki i caluje później bo przecież są gorzkie a jej buziaki słodkie.
Śpi na kanapie z tatą blisko mojego łóżka ale codziennie zasypia ze mną.
I rano całuje mnie i brata.

Optymista doszuka się w tym wszystkim celu.
Oczywiście wtedy gdy przetrawi to co go spotkało.
Jestem teraz cała dla Dziewczynki. Czytamy. Bawimy się. Na leżąco przy odrobinie dobrej woli można rysować, malować i najnormalniej w świecie być ze sobą.
Tata okazało się, że jest tak silny, że poradzi sobie z całym domem na głowie. I do tego z opieką nad leżącą żoną.
Widzę to o czym w pędzie dnia codziennego zapominałam.

Pewna osoba napisała mi kiedyś, że jeśli dobro, które daję innym wróci do mnie to ja go nie udźwignę.
Wszystko wróciło. Dużo ciepła i dobroci z każdej strony.
Najlepsza Przyjaciółka jak zwykle stanęła na wysokości zadania i nawet gdy ryczałam mówiąc, że nikogo nie chce widzieć ona była mimo wszystko.
Inny bliscy dali wsparcie, znajomi pisali i moi cudowni klienci modlili się za nas.

Faktycznie ciężko udźwignąć ogrom tego co do mnie wróciło:) Czyli znowu coś pozytywnego :)

Trzymajcie kciuki!

Zdjęcia robił Tata. Nie było mu lekko jak zwykle ale niech on wie, że jestem mu bardzo wdzięczna!